A imię jego czterdzieści i cztery! [Foto, Wideo]

A imię jego czterdzieści i cztery! [Foto, Wideo]

IS DSC0352Awans. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni jaki miałem okazję widzieć na własne oczy i uwieczniać na zdjęciach. Ale pierwszy tak historyczny. Prawie PÓŁ WIEKU (Sic!) – czekała krakowska Garbarnia by powrócić  na jak najbardziej należne jej miejsce. Przed wojną, klub z Ludwinowa, nie ustępował niczym Cracovii czy Wiśle – po wojnie jego losy to była równia pochyła, dobicie do dna z którego Garbarze potrafili się pięknie odbić
IS DSC0401
Garbarnia to specyficzny klub. Klub w którym duchy sportowej rywalizacji nie zostały wygnane przez bożka Mamonę. Ci którzy raz zapałali miłością do Brązowych są jej wierni przez całe życie a inni będący sympatykami innych drużyn, darzą Robotniczy Klub Sportowy – Garbarnia, ogromnym szacunkiem.
Pierwszy raz na Garbarni byłem w 1997 roku. Nie pamiętam dokładnej daty. Mecz charytatywny, zbiórka na powodzian. O ile pamięć nie myli, Garsa przegrała wtedy 0:4 z Wisła Kraków. Był to jeden z pierwszych moich kontaktów z piłką na żywo. Pamiętam jak Tato, mówił mi – ten pan z brodą to Adam Musiał.  Nie zakochałem się wtedy w Garbarni, serce później wybrało klub z moich rodzinnych stron – nowohuckiego Hutnika. Po latach zamieniłem trybuny Suchych Stawów na murawy boisk. Teraz z notesem w ręku i aparatem na szyi, rozpocząłem kolejny etap życia. I choć dalej wiernie kibicuję i wspomagam jak mogę swojego Hutnika, to przez te wszystkie lata, było też gdzieś w sercu miejsce dla Garbarni. Kochałem chodzić na mecze Brązowych. Ten unikatowy klimat, trybuny gdzie wszyscy się znali, byłem na meczach, gdzie nie wiem czy pojawiało się w sumie 100 osób. 
Garbarnia miała jakąś magię, która mnie przyciągała. Po zakupieniu i przeczytaniu od deski do deski wydanej na 85-lecie klubu książki, Garbarnia stała się mi jeszcze bliższa. Klub darzyłem ogromny szacunkiem, za to, że trwa mimo wszystkich przeciwności losu (których, akurat Brązowym, on nie szczędził), że jest wierny swojej nazwie, nie usunął przydomka „Robotniczy” – bo jest on starszy, niż czasy z którymi słowo „Robotniczy” , może budzić złe skojarzenia. Cieszyłem się na wiadomość, że w końcu po latach, klub uregulował status prawny swoich terenów, że udało się sprzedać ich część deweloperom, że wybudowano sztuczne boisko (byłem na otwarciu), że powstaje klubowy budynek, że będzie nowy stadion , (znów złe duchy, których ni jak nie idzie wygonić z Ludwinowa), komplikują sprawę. Choć tym razem to nie duchy, tylko kretyńskie, choć należało by tu użyć znacznie mocniejszego słowa, decyzje polityków, którzy zmieniają ustawę o prawie wodnym w dupie mają to, że ktoś już sobie zaplanował inwestycję, wydał pieniądze nie jej projekt…
Gdy na wiosnę Brązowi złapali formę, zaczęliśmy w swoim gronie żartować, jak tak dalej pójdzie to jeszcze do I ligi awansują. Nikt nie mówił tego wówczas na poważnie, ale na parę kolejek przed końcem to co wydawało się iluzją zaczęło się materializować. Wygrana z ŁKS-em (pierwsza moja wizyta w tym sezonie na Rydlówce)Po meczu wiem, że przyjdę jeszcze raz na Wartę. Tylko remis z Wartą, nerwowe oczekiwanie na wyniki rywali. Był w planach nawet wyjazd na ostatni mecz do Puław. Ostatecznie śledziliśmy wynik spotkania z Krakowa. Po ostatniej kolejce, wiedzieliśmy już, że mamy do zobaczenia jeszcze 2 mecze Brązowych w tym sezonie.
Pierwszy mecz z Pogonią, tłum jakich ja na Garbarni jeszcze nie widziałem.  Słabe piłkarsko widowisko. Remis 1:1. Nie ma czego bronić w rewanżu, trzeba atakować.
Siedlce, nadzieje, oczekiwanie, 0:0 nic nie daje Brązowym… Suną kolejne ataki Pogoni… Mistrzowską formę prezentuje Cabaj. Ostatnia minuta przed przerwą. Rut wolny, strzał, dobitka, GOOOL!!!

Druga połowa. Z minuty na minutę nerwy coraz większe. Przetrzymać, wytrzymać, dowieźć 1:0 do końca a może i skutecznie skontrować. Akcja, fenomenalne przyjęcie, strzał GOOOOLL!!!
Jesteśmy w I lidze!!! Z trudem idzie zachować powagę, nie dać się ponieś kibicowskim emocjom, wszak akredytacja prasowa zobowiązuje, ale w środku człowieka rozpiera, niech już będzie ten ostatni gwizdek! Bramka dla Pogoni. Spokojnie. Musieli by jeszcze dwie dołożyć, nie dadzą rady myślę. Ostatnie 6 minut doliczonego czasu gry. Stopery w rękach. W aparatach zmienione już obiektywy, już nie fotografujemy tego co dzieje się na murawie, czekamy na radość zwycięstwa, którą będzie można fotografować z bliska.
Gwizdek! Koniec!!! Piłkarze Pogoni padają na murawę, chowając głowy. Garbarze skaczą pod niebiosa! Chwila zastanowienia – wymian uwag między nami fotografami- wchodzimy??? Z drugiej strony weszli na murawę – to my też, dawaj. Szybko w biegu, aby jak najbliżej być cieszących się chłopaków! Nie opisana radość. Jesteśmy ŚWIADKAMI HISTORII.
Radość i duma, której nie zepsuje nawet zachowanie miejscowego troglodyty, który okradł kibica z Krakowa i spalił na płocie jego szalki. Nie godzien komentarza jest stwór, który pali barwy klubu założonego w czasach, gdy jego protoplaści po drzewach jeszcze skakali.
PIERWSZA LIGA! MAMY TO !!!
facebook_page_plugin

Wspieramy

Polityka cookies